triathlon dla januszy i grażyn triathlon 1/8 iron man dystans sprinterski
Inspiracja Lifestyle

Jak przygotować się do triathlonu w 70 dni?

Od raz napiszę – raczej się nie da 😀 Ale z drugiej strony patrząc – nie jest to niemożliwe i trochę jestem tego przykładem. Oczywiście systematyczność w treningach zapewni dużo lepsze przygotowanie organizmu i pewność ukończenia w krótszych czasach, ale prokrastynacja mi na to nie pozwoliła. Wpis nie jest o budowaniu rozsądnego planu treningowego, ale na pewno jest o tym, jak wyglądały moje przygotowania. Spoiler alert: będzie o treningach na ostatnią chwilę i przezwyciężaniu swoich słabości💪

Skąd wzięłam pomysł na triathlon?

Sama sobie w tym momencie przybijam mentalną piątkę, że w ogóle wymyśliłam udział w triathlonie, który nie ma co się oszukiwać, do najprostszych dyscyplin nie należy. Ścigasz się nie tylko w jednej dyscyplinie, ale w trzech. Jedna po drugiej. Do tego dochodzą zmiany sprzętu. Kosmos!

Moja droga do triathlonu zaczęła się niepozornie. Na tyle, że sama nie wiedziałam, że na niej jestem. Zaczęło się od prezentu – latem 2018 r. dostałam rower. Zwykły, z trzema przerzutkami, wyciągnięty z piwnicy po latach. Ale to wystarczyło – załapałam bakcyla! Porzuciłam auto i zaczęłam codziennie dojeżdżać do pracy. Trwało to aż do października. Przed nadejściem śniegu się poddałam, ale i tak to był mój mały sukces. Porzuciłam lenistwo i zanieczyszczanie miasta na rzecz bardziej ekologicznego rozwiązania (przynajmniej przez relatywnie dłuższą i cieplejszą część roku). Tak zakochałam się w rowerze.


Część druga historii dotyczy pływania. Z początkiem roku 2019 zapisałam się na nową siłownię #nowyroknowaja. Holmes Place w OVO jest całkiem dobrze wyposażonym miejscem. Oprócz sprzętów na strefie siłowej i kardio czy sali do zajęć grupowych, posiada basen. Nie jest to basen pełnowymiarowy, bo jego długość to 17 m, ale do rekreacyjnego pływania to wystarczające. Z racji basenu, prawie po każdym treningu choć na chwilę wskakiwałam do wody, by zrelaksować mięśnie. W tym momencie zaczęła kiełkować we mnie myśl, że może czas podszkolić kraula. Żabką krytą czy kraulem na plecach pływam jak szalona, ale jak mój P. zasuwał kraulem obok mnie 2 razy szybciej, postanowiłam do niego dołączyć. Był ból, pot i łzy. A może bardziej wieczny dyskomfort, że tak bardzo mi nie idzie. Zapisałam się na lekcję doskonalenia pływania na siłowni i to był strzał w dziesiątkę. Już po jednej lekcji przeszłam od zmęczenia się jednym basenem i oddychania na 2 do 2-3 długości i oddechu na 3. Stwierdziłam, że ta droga jak nic pcha mnie w stronę multidyscyplinarnych zawodów.


Część trzecia – znalezienie odpowiednich zawodów. To akurat była najprostsza część. Parę miesięcy wcześniej wpadła mi w oko zacna inicjatywa pod tytułem „Triathlon dla Januszy i Grażyn„. Wydarzenie zachęca do zmierzenia się z formułą triathlonu i dystans jest jak najbardziej realny, ale atmosfera bardzo luźna. Zakazany jest profesjonalny sprzęt i udziały w oficjalnych triathlonach na dystansach 1/4 i 1/2 ironman. Organizatorzy zachęcają za to do zabrania oprócz dobrej formy – dobrych humorów i przebrań. Dobra energia podczas tych zawodów jest wręcz gwarantowana! Mówią, że sama trasa, która ma miejsce u podnóża Ślęży, nie należy do najłatwiejszych na początek ze względu na długie podjazdy rowerowe i podbiegi i zbiegi na trasie biegowej. Tym bardziej ukończenie takich zawodów daje jeszcze większą satysfakcję!

Triathlonowy dziennik z przygotowań

70 dni przed triathlonem: zdałam sobie sprawę, że to już czas zacząć się przygotowywać. Tak intensywniej i w bardziej zorganizowany sposób, z rozpisanym planem treningowym i w ogóle.

63 dni przed triathlonem: znalazłam całkiem rozsądny plan biegowy na 5k (odnoszący się do mojego obecnego poziomu biegowego „from zero to hero„), z którym zmieszczę się w czasie pozostałym do zawodów i który uwzględnia brak jakiejkolwiek zaprawy biegowej.

55 dni przed triathlonem: zrobiłam pierwszy trening na bieżni. Plan jest na tyle rozsądny, że pierwszego treningu nie da się nie lubić:
– 5 min marszu w spokojnym tempie
– 5 min marszu w szybszym tempie
– 10 min interwału bieg/spacer w tempie 60 s / 90 s

34 dni przed triathlonem: pojechałam nad Zalew Sulistrowicki zapoznać się z trasą zawodów. Przywitałam się ze sztucznym zbiornikiem, w którym będzie etap pływacki a następnie objechałam autem trasę rowerową i biegową. Dostałam lekkiego ataku paniki. Trasa rowerowa, idąca po asfaltowych drogach, okazała się dość zróżnicowana. Szczególnie bardzo spodobał mi się z 1,5 km podjazd. Trasa biegowa natomiast idzie po drodze szutrowej, pełnej dziur, kamieni i odcinków góra-dół. Trening na siłowni nijak się ma do warunków terenowych. YAY!

29 dni przed triathlonem: po pracy zrobiłam wycieczkę nad Zalew Sulistrowicki i po raz pierwszy objechałam trasę na rowerze – z lekką dozą niepewności czy dobrze jadę, co czyha za zakrętem i kiedy skończy się ten długi podjazd, na którym dostaję lekkiej zadyszki. Ogólnie nie było najgorzej, bo zapoznałam się z trasą i sprzętem (jak typowa Grażyna pożyczyłam rower od narzeczonego), jednak

28 dni przed triathlonem: wszechświat chyba chce mi coś powiedzieć. Rano jak dojeżdżałam do pracy spadł mi łańcuch z roweru, natomiast jak skocznym krokiem wchodziłam po wyłożonych kaflami schodach, nagle na nich leżałam. Nauka chodzenia skończyła się rozciętym i stłuczonym kolanem. A miał to być intensywny weekend treningu w terenie… Ale może to będzie jedna z tych pięknych, hollywoodzkich historii, kiedy mimo przeciwności losu osiągasz cel. Zobaczymy.

18 dni przed triathlonem: dziś wróciłam do biegania. Zamykanie kwartału w pracy i siedzenie po godzinach nie sprzyjało powrotowi do treningu. Kolano po stłuczeniu jeszcze boli, ale na przebieżkę się nadaje. Dzień przed szkoleniem w pięknym miejscu pojechałam obok do innego równie pięknego miejsca i przebiegłam się wzdłuż jeziora o zachodzie słońca. Gdyby nie niemiłosierna duchota zaliczyłabym ten trening do bardzo udanych. Dodatkowo pierwszy trening w terenie i na podobnej ścieżce, jaka będzie na triathlonie (czyli góra-dół).

12 dni przed triathlonem: hulaszczy tydzień, pełen warsztatów, spotkań towarzyskich, załatwiania spraw niecierpiących zwłoki i świętowania z prosecco w ręku dobiegł końca. Odzwierciedlenie tego tygodnia odbiło się na rowerze i kilku minutach w górę, zamiast w dół. Od dziś każdy dzień to dzień treningu #norestforthelazyones. Pocieszeniem i tak jest fakt, że dawno nie miałam takiego celu, do którego lepiej lub gorzej dążę. I przypomnę, że moim głównym celem jest po prostu zmieszczenie się w limicie biegowym. Czasowo ktoś to ostatnie miejsce i tak musi zająć. Mogę to być ja 😉

11 dni przed triathlonem: jest bardzo duża szansa, że nie ukończę biegu w limicie czasowym. Jedyną opcją jest strzał z adrenaliny, sok z gumijagód lub magiczny napój Panoramixa.

8 dni przed triathlonem: codzienny trening dał w kość. Jednak odpoczynek jest tak samo ważną częścią przygotowań, jak sam trening. Dlatego zamiast czwarty dzień pod rząd na siłownię, poszłam na spacer. Też było ekstra!

7 dni przed triathlonem: odpoczynek zdziałał cuda, bo biegło mi się dziś wybornie i zeszłam poniżej limitu czasowego! Ogólnie to wciąż bardzo kiepski czas, ale my personal best!

6 dni przed triathlonem: wszystko, co mi się do tej pory wydawało, to mi się wydawało. Pojechałam zrobić trening w terenie na trasie triathlonu. Pogoda raczej nie była sprzyjająca, bo 27-stopniowa patelnia zamieniła trening w koszmar: 🏃🏻‍♀️8km trochę biegania na granicy udaru i 🚴🏻‍♀️10km rowerem po trasie z podjazdami na granicy astmy wysyłkowej. Fikuśna opalenizna od stanika sportowego gratis!

4 dni przed triathlonem: miałam zrobić trening.. ale rozbolały mnie plecy w odcinku lędźwiowym. Stwierdziłam, że w ostatnim tygodniu i tak nie ma co się przeciążać. Plecy się ze mną zgodziły.

2 dni przed triathlonem: jak jest święto narodowe, to wręcz należy odpoczywać. Rodzinny wyjazd w górki dobrze odciągnął moje myśli od stresu przedstartowego.

1 dzień przed triathlonem: piątek był dniem relaksu. Spędziłam go w urzędach na załatwianiu różnych spraw, na które nigdy nie ma czasu. Nie było też czasu na stres, bo dzień przed już niewiele można zrobić 😀

dzień triathlonu: to już nie jest moment na wątpliwości. To jest moment, w którym robisz, co do ciebie należy. Etap pływacki(400 m) minął błyskiem. Niestety nie miałam odwagi, żeby przepłynąć kraulem. Woda była zimna, mokra (kompletnie się tego nie spodziewałam) i pełna fitoplanktonu. Trzeba się z tym na przyszłość oswoić. Pierwsza zmiana poszła mi szybko – kwestia optymalnego ułożenia sprzętu w koszu. Na tym etapie warto mieć ręcznik do wytarcia i oczyszczenia stóp. Zmieniłam tylko lycrę na koszulkę i rozpoczęłam etap rowerowy (20 km). Trasa składała się z dwóch pętli po 10 km. Była pełna zjazdów i, co najgorsze, długich podjazdów. Zjazd do strefy zmian rozpoczął ostatni etap – etap biegowy (7,6 km). To właśnie on był moją solą w oku. Faktycznie początek biegu, po zejściu z roweru, jest trochę dziwny i na przyszłość tym zmianom poświęcę więcej uwagi. Na przyszłość posłucham też dobrych rad i przyłożę się bardziej do treningu biegowego. Jednak to właśnie tu, na ścieżce biegowej, gdy walczyłam z niedowładem kończyn dolnych, doświadczyłam kwintesencji też imprezy. To, jak uczestnicy dopingowali siebie nawzajem, było absolutnie najpiękniejszym doświadczeniem. Było „wohooo”, było „dawaj Grażyna/Janusz!”, był taki doping, że jakimś cudem Polska Agencja Antydopingowa nie przerwała zawodów. I choć więcej energii nie zdołałam z siebie wykrzesać, to najważniejsze dla mnie było, że zawody ukończyłam (7 osób niestety z różnych przyczyn nie ukończyło) i że nie byłam ostatnia. Pierwsze koty za płoty i za rok będzie lepiej 🙂

Sprzęt do triathlonu

Mówi się, że triathlon to drogi sport. Jasne, jak zaczynasz rywalizować w półprofesjonalnych lub profesjonalnych zawodach. Wtedy sam rower potrafi kosztować 20-30 tys. złotych! ALE! Triathlon dla Januszy i Grażyn to inna sprawa. Dystans jest jak najbardziej realny, czyli 1/8 ironman (dystans sprinterski), ale formuła trochę z przymrużeniem oka. Profesjonalne sprzęty i start w oficjalnych zawodach to powód do dyskwalifikacji. Tym samym nie ma presji na wygląd, ale na dobrą zabawę.

Nie inwestowałam w większe zakupy przed startem. Nie wiedziałam jeszcze, czy wystarczy mi zapału na kolejne zawody (teraz już wiem, że jak najbardziej!). Poczyniłam kilka zakupów, bardzo uniwersalnych:

  • spodenki triathlonowe (Aptonia, Decathlon, 129 zł) – sam dół to bardziej praktyczne rozwiązanie dla kobiet. Spodenki z szybkoschnącego materiału, z wkładką zapewniającą komfort podczas dłuższej jazdy rowerowej. Zastanawiałam się przez chwilę nad kombinezonem, co jest prostszym rozwiązaniem (ogólnie, bo nie dla kobiet), ale moja sylwetka powiedziała mi, że jeszcze nie jestem na taki gotowa,
  • pas na numer startowy (Aptonia, Decathlon, 39 zł) – to jeden z niewielu wymogów dla zawodników – pas, który umożliwia zaczepienie numeru startowego na etapie rowerowym (z tyłu) i biegowym (z przodu). Wybrałam nieco droższą wersję paska z kieszonką i pokrowcami na żele energetyczne,
  • zegarek sportowy Garmin Vivomove HR (Garmin, 650 zł) – chciałam zacząć trenować z zegarkiem, który będzie miał miernik pulsu, podstawowych parametrów sportowych (odległość, czas) oraz będzie wodoodporny. Ostatni parametr zawęził mi mocno pole poszukiwań i podniósł półkę cenową. Ale udało mi się znaleźć smartwatch’a dla mnie idealnego – przede wszystkim dlatego, że spełnia parametry sportowe ale jest i bardzo ładny (połączenie czerni i koloru rose gold <3 )! Jedynym minusem jest brak GPS’a, ale nie jest to rzecz, na której mi szczególnie zależało. I tak nie rozstaję się z telefonem 😉

Resztę sprzętu niezbędnego do startu miałam. Lycra z długim rękawem na etap pływacki, dri-fit’owe koszulki i buty na etap biegowy i… rower. Ok, problem roweru z ilością przerzutek większą niż 3 (tyle ma moja miejska koza) rozwiązałam jak typowa Grażyna triathlonu. Zamieniłam krótszą sztycę z mojego roweru ze sztycą z roweru mojego narzeczonego. Tym samym wykombinowałam sobie fajny rower górski Cube z przerzutkami 3×9 na podjazdy i oszczędziłam chwilowo 3 tys. zł. Aj noł! 😀 #Grażynatriathlonu

Po triathlonie

Została duma! I medal!🏆 Swój minimalny cel osiągnęłam: po pierwsze ukończyłam bieg przed czasem a po drugie nawet nie byłam ostatnia 😀 Zmotywowałam się też do częstszych treningów. Nie, żebym nie zdawała sobie z tego sprawy wcześniej, ale zostawianie treningów na ostatnią chwilę to rzecz najgorsza z możliwych. Triathlon jako dyscyplina jest wymagający, więc program treningowy trzeba rozsądnie rozłożyć i w czasie i na pracę nad trzema dyscyplinami jednocześnie.

Dystans sprinterski jest świetny na debiut. Dystansu po wstaniu z kanapy się nie zrobi, ale nie jest też bardzo wymagający. Już wiem, że w przyszłym roku także zmierzę się z 1/8 ironman’a. Triathlon w Bydgoszczy (początek lipca) jest świetny dla amatorów, bardzo dobrze zorganizowany i przede wszystkim.. trasa jest płaska. Tworzy to idealne warunki na pierwszy raz z dyscypliną. A Triathlon dla Januszy i Grażyn.. cóż, mam go tuż pod nosem i zostaje sentyment pt. „mój pierwszy raz”. Te dwa wydarzenia będą moim celem na 2020!

Możesz polubić także...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *