Open'er 2019 Main Stage
Podróże Polska

Open’er Festival 2019 moim okiem

Przez kilka minionych lat Open’er Festival był obowiązkowym punktem w moim programie. Początek lipca w Trójmieście był jak amen w pacierzu i jak dwa plus dwa to cztery. Udział w tym potwierdzenie, że lato się zaczęło. Na czym polega magia tego wydarzenia?

Na pierwszy festiwal pojechałam dopiero w 2015 r. Oczywiście znałam wydarzenie, bo znajomi odwiedzali je tłumnie od lat. I choć większość wakacji podczas studiów spędzałam na Półwyspie Helskim (no rzut beretem), to niespecjalnie mnie tam ciągnęło. Nie przepadałam też za koncertami, bo potem przez 2 dni brzęczało mi w głowie. Koncerty i festiwale w zamkniętych przestrzeniach to jedno a jak się okazało, festiwal na otwartej przestrzeni to kompletnie inna kategoria. Do tego dochodzi lato i beztroska. I tak narodziła się miłość do Open’era.

Krótka historia festiwalu Open’er

Pierwszy Open’er odbył się w 2002 r. w Warszawie. Jednak od drugiej edycji został przeniesiony do Gdyni i przez 3 lata odbywał się na Skwerze Kościuszki. Rozrastał się jednak na tyle szybko, że odpowiednim miejscem okazał się teren opuszczonego lotniska Babie Doły w Kosakowie, na którym odbywa się do dziś. Jeszcze parę late temu głównym sponsorem była marka Heineken. Od momentu ich wycofania bilety sukcesywnie zaczęły iść w górę – od „starej” sopocianki słyszałam miejską legendę, że karnet kosztował w granicach 250 zł! 😉 Niezależnie do ceny festiwalu, przez jego sceny przewinęła się masa gwiazd wielkiego formatu: Björk, The Chemical BrothersFlorence and the MachineSnoop DoggRed Hot Chili Peppers, Pharrell WilliamsGorillazBruno MarsPearl Jam i wieeeeeele wiele innych.

Teren Open’era, czyli gdzie co jest

Przede wszystkim obszar lotniska jest naprawdę spory, ma wiele do zaoferowania a przejście między scenami może nam zająć od kilku, do kilkunastu minut (w zależności od pory dnia i stanu.. energetycznego). Można go podzielić na 4 umowne strefy:

🔵 strefa 1, czyli tam, gdzie jest Main Stage. Od tej strony wchodzimy, gdy na festiwal dojeżdżamy autobusem. Idąc od przystanku mijamy jedno z miasteczek festiwalowych (strefa gastro, toi toie, butiki, itp.) oraz pole namiotowe. W tym roku pojawiły się tam dodatkowo domki do spania, gdyńska strefa sportu oraz trzy sceny teatru. Tu znajduje się punkt wymiany opasek i zaraz za nim wchodzimy bezpośrednio na Main Stage.

🔵 strefa 2, czyli główny teren festiwalu. Ciągnie się od Main Stage’a do Tent Stage’a. Tu znajdziemy dwa miasteczka festiwalowe, strefę VIP (to już niebudynek obłożony płytami CD, który niesamowicie błyszczy w promieniach zachodzącego słońca. W tym roku to namity sferyczne, co wyglądają jak iglo..). Na środku znajduje się totem (kolorowa, geometryczna instalacja jednego z moich ulubionych artystów – Maurycego Gomulickiego), na który nawiguje duża część ludzi, jak chcą się odnaleźć 😉 Tu także był ogromny autobus Antek – zabytkowy pojazd, pomalowany cały na biało (także w środku) i ozdobiony grafitti i podpisami tysięcy ludzi (RIP Antek). Na końcu strefy znajduje się Alter Stage.

🔵 strefa 3, czyli szeroki betonowy pas ciągnący się wzdłuż całego terenu. Tu królują butiki polskich projektantów i większych marek oraz Fashion Stage. Oprócz tego są dwa miasteczka festiwalowe i 3 sceny: Firestone, Beat Stage i Silent Disco.

🔵 oraz strefa 4 – moja ulubiona. Tu zlokalizowany jest Tent Stage. Zaraz obok znajduje się tylne wejście z punktem wymiany biletów oraz parking dla publiczności (30 zł). A że jestem już wiekowa, to z niego korzystam. Szczególnie od momentu, gdy zdałam sobie sprawę, że wolę nie pić i być w domu w 30-40 min niż 2-3h (licząc dojście do festiwalowego autobusu, dojazd autobusem do Gdyni Głównej, łapanie SKM-ki i dojście do domu – pomijam przedzieranie się przez tłumy ludzi na każdym kroku podróży 😉 ).

Sobota, 6. lipca

Jako, że tegoroczną edycję traktowałam nieco jako pożegnalną, postanowiłam zrobić sobie full experience day. Zazwyczaj moje uczestnictwo wyglądało tak, że ledwo udawało mi się zdążyć na godz. 20/22 na główny koncert na Main Stage’u. Potem tylko biegałam między scenami, toi toi’ami a strefami gastro. Tym razem wiedziałam, że będę na terenie tuż zaraz po otwarciu bram 😀 Nie do końca wyszło przez rozkoszne zimno i deszcz, na które szczerze mówiąc byłam średnio przygotowana mentalnie 😉

Na teren festiwalu dotarłam ok.18:30, akurat na koncert Rudimental, który był chyba najlepszym koncertem tego dnia. Ze sceny wręcz wylewała się świetna energia muzyków i dobra, taneczna nuta. Dla mnie to był highlight koncertów. Nieco później w Tencie grał Koadaline, ale okazało się, że w moich uszach brzmi trochę lepiej w remixach na You Tubie. Tym samym wygospodarowałam sporo czasu na obejście terenu, czego zazwyczaj nie robię. Trzeba przyznać, że Alter Art osiągnął małe mistrzostwo w organizacji – mnogość punktów gastro zapobiegała tworzeniu się kolejek (tu może małym wyjątkiem był stand Aperol’a 😉 ). Zaproszone marki także stanęły na wysokości zadania i niektóre instalacje były wręcz niesamowite! Moim faworytem był okrągły bar Żubrówki z tarasem na dachu. Całość wyplecona była gałązkami i przypominała scenografię z Where the Wild Things Are. Taras zwieńczyło drzewo z neonem „bizon grassuje” i lampkami – dla mnie magia.

W czasie, gdy obchodziliśmy teren, towarzyszyły nam były bujające, kolumbijskie rytmy J Balvina, który wszedł na główną scenę zaraz po zespole Rudimental. Ogólnodostępne tarasy marki Heineken i Orange dawały świetny widok na Main’a, jak i cały teren. I tam też spędziliśmy dłuższą chwilę. Przyjemnym także okazał się koncert KAMP! w Alter Stage’u. Zawsze łaknę elektroniczno-popowych rytmów. Koncerty Grimes, Flume, Years&Years, Caribou czy Trentemøller w Tencie to było coś! KAMP! wyrównał poziom zapotrzebowania na ten rodzaj muzyki na żywo. Gwiazdą, której byliśmy najbardziej ciekawi, była Lana del Ray, która weszła na scenę o 22. Tu też oczekiwania rozminęły się z rzeczywistością – repertuar nie był podkręcony na festiwal, aranżacje były wolne i melancholijne. Odnieśliśmy także wrażenie, że zaszła okoliczność śpiewania z playback’u. Ostatecznym ciosem dla mnie była moja ulubiona piosenka „Ride”, która na żywo była tak woooooolna i smutna, że o 22:30 zdecydowaliśmy się zakończyć przygodę z tegorocznym festiwalem. Trochę żałowałam, że nie dotrwałam do koncertu Swedish House Mafia, którzy byli na topie w czasie mojego Erasmusa (ergo dobre wspomnienia), oraz do występu Jungle, których poznałam dopiero dzięki line-upowi, ale ich kawałki już są na mojej playliście.

Czy będzie Open’er 2020?

Tegoroczny Open’er nie był przyjęty tak bezkrytycznie, jak ostatnie edycje. Momentami wątpliwy line-up (i w moim odczuciu za bardzo ukierunkowany na hip hop) odbił się na frekwencji. Może i pogoda dorzuciła swoje trzy grosze, chociaż początek lipca nad morzem z reguły jest kapryśny. Faktem jest, że na tegorocznym Open’erze pojawiło się ok. 40 tysięcy ludzi mniej, mimo że do tej pory tendencja była z roku na rok zwyżkowa. Tegoroczny festiwal miał być także rekordowy pod względem funduszy przeznaczonych na bookingi, jednak coś nie zagrało. A że magia nigdy nie trwa wiecznie, to w tym roku zaczęłam dostrzegać trochę minusów festiwalu:

  • pierwszym są ceny biletów. Z roku na rok rosną coraz bardziej. Za jeden dzień festiwalu zapłaciłam 279 zł. Kwota sama w sobie nie jest duża, skoro jednego dnia uczestniczymy w przynajmniej 3-4 koncertach gwiazd światowego formatu. Ja akurat kupowałam dwa bilety (558 zł + ok. 15 zł koszty zakupu biletu w punkcie stacjonarnym, ale przy zakupie online też są dodatkowe opłaty), a taka suma jest już odczuwalna ;),
  • koszt biletu to nie wszystko. Największym wydatkiem jest nocleg. Ceny hoteli czy apartamentów na czas festiwalu szybują w kosmos! Wynajem w Trójmieście to bardzo dobrze prosperujący biznes w tym czasie. Ja akurat jestem wielką szczęściarą i mam super przyjaciół u których się rozbijam i odwdzięczam się pichceniem krewetek, intensywnym programem zwiedzania na weekend i oczywiście rozkosznym towarzystwem swojej osoby.
  • i najważniejszy aspekt, dla którego decydujemy się jechać – line-up festiwalu. No niestety, z roku na rok uderzenie jest mniejsze. Dla mnie najpiękniejszym rokiem był Open’er 2016, kiedy gościła Florence, Red Hot Chilli Peppers, Pharell i wielu, wielu innych artystów. Wtedy nawet przez chwilę nie zastanawiałam się nad kupnem 4-dniowego karnetu (za który zapłaciłam ok. 450 zł!). Ostatnio coraz częściej grymaszę na widok headlinerów i ostatecznie zaliczam ostatni dzień festiwalu – sobotę (bo nie muszę brać urlopu ;)).

Letnie festiwale muzyczne

Czy pojadę na Open’era za rok? Szczerze mówiąc bardzo wątpię. Z jednej strony są świetne wspomnienia i może na takich warunkach bym się z Opkiem chciała rozstać – we had our fun, time to move on. Rosnące ceny i mniej atrakcyjny line-up każą mi zwracać się w stronę innych, nowych festiwali muzycznych. Jest oczywiście warszawski Orange, jest krakowski Live – oba także organizowane przez Alter Art. Ale – jest dużo, dużo więcej!

W tym roku dużym zaskoczeniem jest Fest Festiwal, który odbędzie się 23-24 sierpnia w Chorzowie. Będzie mój ukochany Little Dragon, Róisín Murphy czy Disclosure. Dwudniowy karnet to raptem 289 zł, więc dalej się nad jego zakupem zastanawiam. Jest też Olsztyn Green Festival – kolejna, bardzo wakacyjna 3-dniowa impreza wypełniona po brzegi występami polskich artystów. W tym roku na scenie pojawi się Daria Zawiałow, Mela Koteluk, The Dumplings, Sokół, Krzysztof Zalewski, Fisz Emade Tworzywo czy Paweł Domagała. Koszt karnetu to tylko 175 zł. Są jeszcze: Audioriver, OFF Festival, Tauron Nowa Muzyka, niezatapialny Pol’and’Rock (dawny Woodstock) i kilkanaście alternatywnych, jak: nowy Salt Wave Festival, Inne Brzmienia, Las Festival, Corona Sunsets Session, Wisłoujście czy Unframed. Dalej za granicę możemy wybrać się choćby na Balaton Sound, Colour of Ostrawa, Melt Festival, Sziget, Loolapalooza czy wiele, wiele innych. Jest w czym wybierać. Więc na jakim wydarzeniu widzimy się za rok?

Możesz polubić także...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *